Strona 1 z 2 12 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 10 z 11

Wątek: Kenia

  1. #1
    Turysta
    Dołączył
    2006-08-28
    Posty
    1
    Jumbo Kenia !

    Jumbo (cześć) te słowa każdy turysta lądujący w Mombasie usłyszy jako pierwsze, ale zaraz potem - karibu (witaj) i – pole, pole (powoli, powoli). Te ostatnie słowa brzmią dziwnie znajomo i od razu z przyjemnością zwalniamy bieg z zadowoleniem stwierdzając, że nie ma powodu się spieszyć. Jeszcze tylko dwa obowiązkowe zwroty w języku swahili, których tubylcy nauczą nas natychmiast - hakuna matata (nie ma problemu ;-), asante sana (dziękuję bardzo) Już czujesz się swojsko i masz podstawy do nawiązywania kontaktu słownego z tubylcami, bo kontakty pozasłowne nawiązują się niemal instynktownie. Uśmiechnięte, serdeczne twarze kenijczyków otaczające nas zewsząd powodują, że moja gęba także rozjeżdża się w uśmiechu, inni podobnie, po męczącej podroży szczerzą się bez uzasadnienia.

    Osiem godzin lotu z Europy i wylądowałam w innym świecie, niemal na innej planecie. Maj to czas pory deszczowej, woda leje się z nieba strumieniami, a mama mówiła - weź parasol ! - parasol do Afryki? – mamunia no coś ty, wyśmieją mnie. Jest ciepło, parno, zapachy odurzają swoją intensywnością, aż kręci się w głowie, i nic, absolutnie nic nie śmierdzi, gdyby to kogoś interesowało. To wszystko co widzę i czuję nie pasuje do obrazków z „Pustyni i w Puszczy” jakie włącza moja wyobraźnia na hasło Afryka.

    Deszcz nie pada ale leje jeszcze dwa dni, siedzimy zblazowani w hotelowym barze. To już trzeci bar w którym wysiadujemy w celach poznawczych. Zaklinamy pogodę, każdy po swojemu jeden piwem inny kawą jeszcze inny lodami W końcu zdesperowany i nasiąknięty wilgocią kolega rzuca hasło – idziemy do wsi kupić parasole, może w końcu przestanie padać. Wleczemy się moknąc przez kałuże brązowej wody sięgające kostek, wolę nie myśleć o żyjątkach które w niej pływają. Kupujemy wielgachne parasole w sklepiku u Hindusa. Po godzinie przestaje padać ;-))) chmurki pierzchają, wychodzi słońce i tak już zostaje do końca pobytu. Alleluja. Parasole przywozimy do domu jako pierwszy nietypowy prezent z Afryki mordując się w podróży z ich nieporęcznym rozmiarem. Mama uśmiecha się z miną – a nie mówiłam, ja z miną – no tak, znowu miałaś rację, chowam parasol głęboko w szafie.

    Ale do rzeczy, być w Kenii i nie być na safari to tak samo jak być we Włoszech i nie zobaczyć Rzymu. Grzech. Wśród licznych propozycji safari do kenijskich rezerwatów wybieram dwudniową wyprawę na Tsavo-East, nie bez znaczenia jest cena, niestety. Później okazało się, że mój wybór okazał się znakomity. Znajomi, którzy polecieli na trzydniowe wypasione safari do Kilimandżaro-Kimana, srodze się zawiedli. Najwyższy w Afryce masyw górski zasłoniły chmury, deszcz mocno przepłoszył zwierzęta a lwy niestety uwięzione w ilości aż trzech sztuk oglądali przez ogrodzenie.

    Teraz my, nareszcie wyruszamy wystrojeni jak traperzy, wyluzowani
    i uśmiechnięci w oczekiwaniu niezwykłych wrażeń. Ósma rano, spod hotelu zabiera nas jeep-bus ze specjalnie otwieranym dachem, przystosowany do wypraw na sawannę. Tsavo jest pierwszym rezerwatem przyrody jaki powstał w Kenii i jak dotąd największym w całej Afryce, większym nawet od słynnego tanzańskiego Serengeti. Jego imponująca powierzchnia ponad 20 tysięcy km2 jest podzielona siecią dróg o długości ok. 2 tysięcy km. Wyboiste drogi Tsavo w kolorze cegły są jak kolorowe wstęgi, a jak się na nich przepięknie kurzy.
    Tuż po przekroczeniu bramy wjazdowej do rezerwatu w niewielkiej odległości od głównej drogi widzimy rodzinę słoni, która spokojnie pasie się
    w buszu. My oczywiści mimo, iż głowy kręcą się nam na wszystkie strony niczego sami byśmy nie wypatrzyliśmy, nawet słonia, ale na szczęście nasz spostrzegawczy kierowca i przewodnik Babu widzi co trzeba. Słonie mają kolor ziemi, to pewnie dlatego stały się dla nas niewidzialne. Od niepamiętnych czasów posypują dla ochłody swoje wielkie ciała rudą żelazistą ziemią sawanny, stąd ich skóra uzyskała taki sam kolor. Nazwano je „red elefant” widać w języku angielskim nie ma rudego koloru ;-), ale czerwone słonie, też brzmi ładnie.
    Następne napotkane zwierzęta to antylopy wszelkich odmian waterbacki podobne trochę do naszych saren, impala gibkie i zgrabne jak modelki, oraz tzw. girafgazel o długich wdzięcznych szyjach. Na koniec najmniejsze, najpiękniejsze
    i najbardziej płochliwe dick-dicki, merdające nieustannie swoimi małymi ogonkami. Wszystkie te prześliczne i niezwykle płochliwe antylopy zastygają na chwilę w bezruchu pozwalając nam się sfotografować, po czym znikają w buszu bezszelestnie jak duchy.

    To co nas potem spotkało zamurowało nam gęby i nie tylko. Dosłownie o rzut beretem od naszego jeepa, który zatrzymał się na chwilę na wyboistej drodze,
    z buszu wyłoniła się młoda lwica, która jak gdyby nigdy nic majestatycznie przeszła przed naszymi otwartymi gębami na drugą stronę drogi, do wodopoju.
    A tam czego wcześniej oczywiście też nie zauważyliśmy, cała banda lwic już napojona wylegiwała się w cieniu drzew. Szczęki opadły nam jeszcze niżej i tylko palce rąk przytomnie wciskały migawki i zdjęcia robiły się automatycznie. W stanie lekkiego zamroczenie zaczarowani przez stado dzikich kotów, które nic sobie nie robiły z naszej ciekawskiej obecności, trwaliśmy przez kwadrans, dokąd nasz przewodnik Babu nie zapytał przywołując nas do przytomności – wszystko w porządku, czy ktoś może chce na siku ??? – Ha, ha bardzo śmieszne, na siku nie było chętnych, zatem wyruszyliśmy dalej w krzaki, znaczy się w busz.
    Przeżywając w milczeniu to co zobaczyliśmy przed chwilą wjeżdżamy na przestworza sawanny. Znikają niskie krzewy i parasole drzew akacjowych, a przed nami pojawia się majestatyczny pejzaż sawanny, nad którą tuż przy ziemi pędzą białe chmury podobne do stada aniołów. Ten widok zapiera mi dech w piersiach, gdybym nie siedziała to bym uklękła. Jestem oszołomiona potęgą i pięknem natury, które oglądają moje oczy. Jedziemy przez ocean zielonej trawy, błękitnego nieba i chmurnych aniołów, nie wiem jak długo, czas gdzieś się zagubił. Nie jestem pewna czy na innych uczestnikach safari ten widok zrobił takie samo wrażenie, dość, że nikt z nas nie zauważył stada zebr, które pasły się tuż przy drodze. To dziwne ale te śmieszne koniki w paski są kompletnie niewidzialne w przestworzach sawanny. Idealnie wtapiają się w pejzaż, który w końcu wcale nie jest czarno biały. Jak one to robią, tego nikt z nas nie potrafił pojąć, to kolejny dowód na to że natura jest genialna. Cyk, cyk i zeberki mają już fotki. Zaraz potem niestety z oddali, włączając wielokrotne zoomy uwieczniamy na zdjęciach majestatyczne żyrafy, aby za chwilę znowu przyglądać się wieloosobowej słoniowej familii. Przewodnik stada, wcale nie największy samiec idzie pierwszy i oznajmia nam trąbiąc donośnie, kto ma pierwszeństwo przejazdu. W międzyczasie dołącza do nas drugi jeep. Zaraz potem widzimy resztę rodziny, rude ciotki, rude mamy z rudymi maleństwami, które przechodząc przez drogę trzymają się maminych ogonków. Uroczy obrazek. Następny kadr to słoń sikający ;-) strasznie długo to robi. Musiał dużo wypić. Chyba stoimy trochę za blisko, bo słoń przewodnik znowu trąbi na nas i jest to wyraźnie trąbienie wkurzone, co potwierdza tupaniem, wachlowaniem uszami [SIZE=7]i wymachiwaniem ogona. Nerwowo spoglądam na Babu i syczę do niego przez zaciśniętą ze strachu szczękę – cofaj kurde, bo ten słoń jest mocno zdenerwowany i za chwile nas rozjedzie. Na co Babu ze stoickim spokojem - pole, pole, hakuna makata, co znaczy - spoko wszystko pod kontrolą, po czym równolegle z kierowcą drugiego jeepa naciska pedał gazu i oba nasze samochody ryczą jak dzikie zwierzęta. Tak parę razy przegadują się słoń, samochody, słoń, samochody, ostatecznie słoń ustępuje przekonany że te dwa białe metalowe są jednak silniejsze. Słoniowa rodzina oddala się niespiesznie.

    Znowu wypływamy na ocean sawanny, chmury pędzą gnane wiatrem
    i urządzają nam prawdziwy spektakl na błękitnym niebie, a my zadumani przegapiamy stado guśców. Te małe, śmieszne i niezwykle płochliwe dziczki nazywane przez miejscowych „kenia express” zatrzymały się na chwilę w swoim pędzie, pozwoliły nam zrobić rodzinna fotografie, po czym równie ekspresowo zniknęły.Powoli dojeżdżamy do naszego obozu o intrygującej nazwie „Crocodile Camp” położonego nad rzeką Gallala, która w porze deszczowej zamieniła się
    w dzikiego potwora, niosącego masy spienionej, oczywiście rudej wody. Pełno
    w niej hipopotamów, węzy i rzecz jasna krokodyli. W drodze do swojej kwatery cykam fotkę jedynemu krokodylowi, który wyleguje się na brzegu rzeki, Dostaje przydział do namiotu nr 5. Boy prowadzi mnie do niego przez nadrzeczną aleję, otwiera wszystkie zamki, zapala żarówkę pociągając za sznurek u wejścia. Wchodzimy do środka, jest duszno, pachnie namiotowo, całkiem jak na Mazurach. W środku dwa drewniane łóżka, w dalszej części toaleta, umywalka, prysznic i szafa na kiju, Jedna słaba żarówka oświetla tylko fragment sanitariatu, po prysznicem jest ciemno. I dobrze bo gdyby było jasno to wolałabym wykapać się w Gallali z krokodylami, a tak to w ciemności po omacku nie widząc odrapanych ścian i zwierzątek, które przyczaiły się w ciemnej wilgotności, biorę najszybszy tusz w swoim życiu. Po 30 sekundach „umyta” i zadowolona, że wyszłam cało z tej ekstremalnej kąpieli, zasiadam przed swoim namiotem i napawam się widokiem dzikiej rzeki, która zaczyna wydawać dziwne odgłosy. Po chwili okazuje się, że to mój sąsiad - hipopotam. Wielka sztuka, oceniam kiedy wynurza łeb z wody, ale czy aby nie miesza za blisko? Przechodzącego Pana z obsługi pytam czy jestem bezpieczna w towarzystwie tego olbrzyma, na co słyszę, hakuna makata, a reszty słów wypowiedzianych w swahili nie rozumiem, ale tłumaczę to sobie, że brzeg jest za wysoki i hipo nie wlezie. Nie ufam tym zapewnieniom i sprawdzam sama. Brzeg wcale nie jest za wysoki. Trochę niespokojna udaję się na kolacje, po której ma nastąpić karmienie krokodyli. Mam nadzieję, że nie będzie to karmienie krokodyli obżartymi kolacją białymi turystami ;-))) Kiedy przychodzi pora na krokodylą kolacje nie widać żadnego, ale teraz pewnie to one biorą kąpiel przed kolacją.

    Po posiłku syci i zadowoleni udajemy się nakarmić braci naszych mniejszych ;-) Karmiciel i opiekun tych strasznych gadów mówi nam, że za chwilę przywoła je
    z rzeki i będziemy sobie mogli popatrzeć jak smakuje im kolacja.
    Po czym donośnym głosem zaczyna je przywoływać, nie jakimś tam cip, cip krokodylu, czy innym drobiowym taś, taś, ale kulturalnie po imieniu Big Papa, Suzana, Kadafi, Aneta, Rodrigez ;……-))) chodźcie na kolacyjkę, tatuś ma dla was dziś coś pysznego. A one posłusznie gramolą swoje wielkie cielska z rzeki
    i podchodzą pod mur otwierając swoje wielkie paszcze. Jezu jakby teraz ktoś z nas spadł do tej krokodylej stołówki, daję głowę że wielu oglądającym ta myśl przyszła w tej samej chwili do głowy, bo niektórzy podobnie jak ja nerwowo odsuwają się od krawędzi muru otaczającego dół w którym kłębią się gady wyrywając sobie łapczywie kawały mięsa. Krokodyla kolacja trwa jeszcze kilka minut, a ja nie wiedzieć czemu zastanawiam się czy aby jednak nie zmienić kwatery, bo ten mój wielki sąsiad chyba jednak mieszka niebezpiecznie blisko. Ostatecznie po raz kolejny upewniam się u naczelnego menadżera Campu, że nic mi nie grozi w mojej pałatce i odważnie idę spać, życząc mojemu sąsiadowi bardzo, ale to bardzo głębokich snów. W nocy budzi mnie hipopotamowe stękanie, chyba śni jakiś koszmar, bo stęka tak dobra chwilę. Przez namiotowe okno z siatki patrzę czy nie jest to aby stękanie hipopotama gramolącego się na wysoki brzeg, ale nic nie widać. Księżycową latarnię zasłaniają chmury. Wychodzę przed namiot nerwowo zapalam papierosa, siadam na krzesełku i gapie się w ciemną rzekę. W dalszym ciągu nic nie widać, po chwili stękanie ucichło, wracam do przerwanego snu. A spać trzeba szybko bo za dwie godziny o 5.00 rano pobudka i znowu - ahoj przygodo !!!. Pierwszy raz w życiu i to na urlopie ja wielki śpioch cieszę się, że będę rano wstać. Mama nie uwierzy. Afryka mnie zaczarowała, teraz chyba rozumiem tych, którzy związali z nią swoje życie i tych którzy raz zobaczyli, zarazili się jej pięknem jak malarią i ciągle wracają. To kontynent ekstremalnych doznań, w którym można zakochać się od pierwszego wejrzenia i kochać wiernie do ostatniego. Kiedyś na pewno tam wrócę…

    kalimera

  2. # ADS
    ADS
    Circuit advertisement
    Dołączył
    Always
    Posty
    Many
     

  3. #2
    Guest
    Dołączył
    2006-08-17
    Posty
    27,175
    Nie przegap:


    Muzeum Karen Blixen – w domu duńskiej baronowej u stóp gór Ngong koło Nairobi kręcono sceny do filmu Pożegnanie z Afryką.
    Park Narodowy Nairobi – safari za bramami stolicy Kenii: żyrafy i nosorożce na tle wieżowców kenijskiej metropolii.
    Diani Beach – otoczona palmami cudowna biała plaża nad Oceanem Indyjskim.
    Lamu – na dawnej wyspie niewolników na Oceanie Indyjskim czas jakby się zatrzymał.
    Tamarind – restauracja w Mombasie uchodząca najlepszą nie tylko wśród smakoszy ryb.
    Amboseli – park narodowy z śnieżnobiałym szczytem Kilimandżaro w tle.
    Masai Mara – park narodowy i wielka piątka kenijskiej fauny.
    Tsavo West – park narodowy z widokiem na góry Kenia i Kilimandżaro, najwyższe szczyty Afryki.
    Aberdare – niepowtarzalna fauna i flora, huczące wodospady, torfowiska i nieprzeniknione lasy.
    Safari na wielbłądach – jeśli samochody terenowe są niewystarczające, trzeba się przesiąść na wielbłądy.
    Rezerwat Narodowy Samburu – obszar ochrony dzikich zwierząt na pustkowiach północnej Kenii.
    Jezioro Bogoria – słone jezioro i tryskająca z gejzerów gorąca woda.
    Jezioro Nakuru – ptasi raj z największą kolonią flamingów na świecie.
    Góra Kenia – znak rozpoznawczy Kenii. góra-wyzwanie dla alpinistów i fotografów.
    Morski Park Narodowy Kisite-Mpunguti – raj dla nurków, nieskalany podwodny świat Oceanu Indyjskiego.

  4. #3
    Guest
    Dołączył
    2006-08-17
    Posty
    27,175
    Orzeźwiające kąpiele w Oceanie Indyjskim, polowanie z kamerą na bawoły i słonie – Kenia to prawdziwy rajski ogród. Przybyszy przyciągają odludne zatoki, długie, białe piaszczyste plaże obramowane palmami i chronione rafami koralowymi przed rekinami, zielone wzgórza na dalekim horyzoncie, a także rozległe obszary porośnięte trawą, po których suną olbrzymie stada słoni i gdzie polują lwy oraz gepardy. Ten kraj kontrastów oferuje gościom wyjątkową różnorodność: pierwotne tropikalne lasy, wygasłe wulkany i czynne gejzery, spalone słońcem pustynie i zimne lodowce. Relaks czy przygoda – w Kenii otwiera się szeroka gama możliwości.

  5. #4
    Guest
    Dołączył
    2006-08-17
    Posty
    27,175
    Kiedy jechać + klimat


    W podróż do Kenii można się wybrać każdej porze roku. Na wybrzeżu temperatura wody nigdy nie spada poniżej 21°C; roczna przeciętna w Mombasie wynosi od 27 do 31°C, a wilgotność powietrza około 70%. Szczyt sezonu przypada na grudzień i styczeń, najgorętsze miesiące roku, a drugi sezon trwa w lipcu i sierpniu, kiedy jest nieco chłodniej. Na ograniczenia w podróżowaniu można natrafić w porze deszczowej, czyli od końca marca do połowy maja, oraz w listopadzie i grudniu. Drogi w niektórych regionach takich jak Aberdare, północ Kenii, parki Amboseli i Masai Mara są nie przejezdne dla samochodów. Na wybrzeżu pora deszczowa objawia się ogólnie silnymi, ale krótkotrwałymi ulewami.Kenia leży we wschodniej Afryce nad Oceanem Indyjskim. Od południa graniczy z Tanzanią, od zachodu z Ugandą a od północy z Somalią, Etiopią i Sudanem. Kraj dzieli na pół równik. Występują tu prawie wszystkie strefy klimatyczne i roślinne tropików: od obmywanego obfitymi deszczami pasa wybrzeża z bujną roślinnością nad Oceanem Indyjskim przez żyzne tereny upraw na Wyżynie Centralnej, tropikalny las deszczowy i alpejskie lodowce na górze Kenia do półpustyń i pustyń na północy nad jeziorem Turkana, największym akwenem sodowym na świecie. Kenia to kraj łagodnych wzgórz i rozległych sawann, jezior, gór i rzek.

  6. #5
    Guest
    Dołączył
    2006-08-17
    Posty
    27,175
    Najbarwniejsze święta i wydarzenia


    luty/marzec – Maulidi al Nabi (Święto Narodzin Proroka) w Lamu. Przez cały tydzień miasto tętni życiem. Dudnią werble, ludność śpiewa i tańczy. Jak od setek lat mężczyźni ćwiczą się w tańcu z kijami, w regatach mierzą się z sobą kapitanowie dhau. Święto ruchome (według kalendarza muzułmańskiego): w 2009 r. – 10 marca; w 2010 r. – 27 lutego.
    czerwiec/lipiec – wędrówka zwierząt. Blisko 2 mln antylop gnu wyrusza na coroczną wędrówkę w poszukiwaniu wody i pastwisk. Najlepsze miejsce do obserwacji to brzegi rzeki Mara w Masai Mara. W październiku i listopadzie gnu wracają do Parku Narodowego Serengeti w Tanzanii.
    lipiec – Rajd Safari. Największe wydarzenie sportu motorowego w Kenii rozpoczyna się przeważnie w drugi czwartek lipca. Silniki ryczą nieprzerwanie przez trzy dni. Uczestnicy rajdu pokonują 4 tys. km, przemierzając Kenię wzdłuż i wszerz – jest to jedna z najtrudniejszych tras na świecie. Start i meta – zawsze w Nairobi.
    sierpień – derby wielbłądów. W drugi weekend sierpnia miłośnicy wielbłądów spotykają się w Maralal, na północy Kenii. Wyścigi odbywają się na odcinku 42 km. W programie pokaz mody, tańce, aukcja bydła. Termin może się zmienić.
    październik – Diwali. Najważniejsze święto mniejszości hinduskiej; najbardziej uroczyste obchody odbywają się w Mombasie. Świętuje się powrót boga Ramy; wierni tańczą na ulicach. Święto ruchome: w 2008 r. – 28 października;w 2009 r. – 17 października; w 2010 r. – 5 listopada.

  7. #6
    Guest
    Dołączył
    2006-08-17
    Posty
    27,175
    Podróż tam



    Najlepiej do Kenii lecieć samolotem. Bezpośrednie loty do Nairobi oferują KLM i Kenya Airways z Amsterdamu oraz British Airways z Londynu. Tanie loty z międzylądowaniem: Ethiopian Airlines z Frankfurtu przez Addis Abebę oraz Emirates Airlines z Frankfurtu, Monachium, Düsseldorfu i Hamburga przez Dubaj. Ceny lotów ulegają zmianom; ogólnie obowiązuje żelazna reguła: im wcześniej dokonuje się rezerwacji, tym taniej. Z Nairobi do Mombasy Kenya Airlines oferuje kilka połączeń dziennie.

    Na granicy

    Polacy wyjeżdżający do Kenii muszą mieć wizę pobytową. Można ją otrzymać po przylocie do Kenii w międzynarodowym porcie lotniczym w Nairobi albo w Mombasie lub na lądowych przejściach granicznych, a także w porcie w Mombasie. Cena wizy turystycznej o 3-miesięczym okresie ważności – 50 USD. Należy zwrócić uwagę, by paszport był ważny co najmniej sześć miesięcy po dacie planowanego powrotu..

    Koszty

    Jednostką walutową jest szyling kenijski (ksh). Banknoty mają nominały 10, 20, 50, 100, 200, 500 i 1000 szylingów.Ceny noclegów mocno ostatnio poszły w górę. W głównym sezonie (XII–II) żąda się dopłat. Na ogół bardziej się opłaca rezerwacja hotelu i lodży w kraju, jeszcze przed wylotem. Warto też zapytać o ewentualne upusty cen. Hotelarze i organizatorzy safari oczekują, że turyści będą płacić dewizami.Orientacyjne ceny: kawa – ok. 1 € za filiżankę; wstęp do parków narodowych i rezerwatów – 7,50–30 €; kieliszek wina – ok. 3 €; litr zwykłej benzyny – 0,85 €; przejazd taksówką z lotniska do centrum Nairobi – ok. 15 €; porcja pierożków samosa – ok. 2,50 €.

  8. #7
    wspaniale móc wybrać się do Kenii też mam w planach żeby kiedyś odwiedzić to miejsce i zobaczyć tamtejszą przyrodę


    prowadzimy skup i sprzedaż palet w Warszawie i okolicach

  9. #8
    wspaniale móc wybrać się do Kenii też mam w planach żeby kiedyś odwiedzić to miejsce i zobaczyć tamtejszą przyrodę


    prowadzimy skup i sprzedaż palet w Warszawie i okolicach

  10. #9
    Uważam, że Kenia to jedno z najlepszych miejsc jakie można odwiedzić np. w czasie wakacji. Świetne miejsce, do którego jeszcze nie udało mi się wybrać. Marzy mi się takie safari wśród dzikich zwierząt. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się uzbierać odpowiednią*kwotę i jednak spełnić swoje marzenia.

  11. #10
    No to akurat racja. Kenia jest magicznym miejscem. Szkoda tylko że wszędzie tam BIEDA ;/
    Zwiedzone w dużym stopniu: Włochy, Francja, Grecja, Chorwacja, Niemcy, Czechy, Słowacja

Strona 1 z 2 12 OstatniOstatni

Zakładki

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •